fbpx

Szkoła nienawidzi mylenia się, wpisanego w proces nauki.

Zła ocena jest jak mandat.

Zapraszamy do wywiadu przeprowadzonego przez red. Helenę Łygas na łamach kobieta.onet.pl z Edytą Plich – założycielką TIM.

Podciągać czy nie podciągać, oto jest pytanie. W przededniu zakończenia roku szkolnego zadaje sobie coraz więcej nauczycieli. O tym, jak na nie odpowiedzieć, ale też o bezsensowności wystawiania stopni ze sprawowania i o tym, że tróje i szóstki są lepsze od średniej 5,5 rozmawiamy z Edytą Plich, nauczycielką z wieloletnim doświadczeniem i założycielką Towarzystwa Inteligentnej Młodzieży.

Edyta Plich

  • Nauczanie zdalne trwa od 16 marca. Zdalnie odbędzie się również wystawianie ocen i zakończenie roku szkolnego 2019/2020. Rzecznik Praw Dziecka apeluje o podwyższanie ocen na świadectwach, Minister Edukacji nie podziela jego zdania
  • „W czasach pandemii podwyższanie ocen może mieć charakter terapeutyczny. Niektóre dzieci otrzymały wsparcie rodziców, miały do dyspozycji własny pokój i komputer, a inne zostały w tej trudnej i nowej sytuacji same. Karanie dzieci za to, że miały gorsze warunki do nauki, jest krzywdzące i niesprawiedliwe” – mówi Edyta Plich
  • „Może i średnia 5,5 brzmi dumnie, ale w czasach, w których coraz bardziej liczy się specjalizacja w danej dziedzinie, to raczej kombinacja trójek i szóstek powinna być połączeniem idealnym. W dorosłym życiu nikt nie jest ekspertem od wszystkiego”

HELENA ŁYGAS: Większość z nas słyszała − jeśli nie od rodziców, to od nauczycieli − że „uczymy się dla siebie, a nie dla ocen”, ale mało kogo udało się do tego przekonać. Do piątek i szóstek przywiązywało się i wciąż przywiązuje się w polskiej szkole ogromną wagę.

EDYTA PLICH: W systemie oceniania opartym na stopniach mówienie, że oceny nie są ważne to tylko teorią. Jeśli uczniowie nie widzą jej potwierdzenia w swoim codziennym życiu, trudno im myśleć o ocenach jako o czymś drugorzędnym. Dostosowują się do systemu, w który są wrzuceni. Ocena jest dla nich komunikatem, jak dużo brakuje im do „ideału”.

Dla większości uczniów ten ideał jest nie do osiągnięcia.

W tradycyjnej edukacji błąd traktuje się jak poważne wykroczenie, za które karze się złą oceną. To o tyle kuriozalne, że pomyłki są naturalnym elementem procesu uczenia się. Dziecko, które uczy się chodzić, musi się przewrócić kilkaset razy, nim opanuje nową umiejętność. Naukowcy uznawani za geniuszy nie wymyślali twierdzeń matematycznych czy wzorów fizycznych ot tak. Czasem pracowali nad nimi nawet po kilkadziesiąt lat, myląc się raz po raz i dzięki tym pomyłkom dochodząc do właściwego rozwiązania. Szkoła nie daje miejsca na uczenie się poprzez dużą liczbę prób, tylko odwraca ten proces. Wymaga, żeby wszystko od razu było zrobione poprawnie. Często w ograniczonym czasie, jak np. podczas sprawdzianu.

I to właśnie ta umiejętność wyrywkowego przywoływania faktów jest uznawana przez szkołę za kluczową, bo przekłada się na świetne oceny.

Z sukcesem szkolnym jest jeden, zasadniczy problem. Wciąż pokutuje przekonanie, że dobry uczeń po skończeniu szkoły osiągnie sukces, a słaby jest skazany na porażkę. Tymczasem oceny często nie mają żadnego przełożenia na późniejsze powodzenie w życiu. W szkole „wygrywają” przeważnie dzieci obdarzone dobrą pamięcią i zdolnościami językowo-werbalnymi. Tacy uczniowie doskonale radzą sobie z wypowiedziami ustnymi i pisemnymi i są w stanie szybko opanować materiał. Nawet jeśli mają luki w wiedzy, mogą je łatwo zamaskować. Pomaga im też dobra opinia, dzięki której nauczyciele patrzą pobłażliwie na wiele niedociągnięć. Problem polega na tym, że w życiu potrzebny jest szereg innych kompetencji, których szkoła nie docenia, nie sprawdza, a tym bardziej nie uczy. Jedną z nich jest umiejętność ponoszenia porażek i uczenia się na własnych błędach, której najlepsi uczniowie bardzo często nie mają. Miłosz Brzeziński w książce „Biznes, czyli sztuka budowania relacji” przytacza wyniki badań pokazujących cechy wspólne milionerów, którzy budowali swoje fortuny od zera. Aż 44 proc. takich osób było dyslektykami.

Jak można to wytłumaczyć?

Dyslektycy muszą poświęcić mnóstwo czasu i włożyć ogromny wysiłek w to, co innym przychodzi łatwo. Przyzwyczajenie do ciągłej pracy nad sobą i uczenia się na własnych błędach przekłada się na późniejsze sukcesy.

Wynikałoby z tego, że to dobrzy uczniowie powinni się martwić o przyszłość zawodową.

Zdolności cenione w szkole też są przydatne w życiu, ale to tylko wycinek kompetencji, które może mieć człowiek. Spójrzmy choćby na inteligencję emocjonalną, zupełnie pomijaną w szkole. Dzieci ze zdolnościami interpersonalnymi czy artystycznymi uchodzą przeważnie za słabych uczniów. Trudno im otrzymać dobrą ocenę, a ich talenty są dla systemu edukacji niewidzialne. Niestety oceny przekładają się też na to, w jaki sposób dane dziecko jest postrzegane. Wciąż operujemy rozróżnieniem na „zdolnych” i „słabych”, ci pierwsi są nagradzani na zakończeniu roku, ci drudzy  pomijani.

Ten system umacniają też sami rodzice.

Naturalnie. Kochający rodzice cieszą się z sukcesów swoich dzieci. Dlatego w pracy czy przed znajomymi chwalą się ich. W rodzinach też wiadomo, czyj syn uczy się kiepsko a czyja córka dobrze. Teraz dochodzą jeszcze media społecznościowe  wielu rodziców po zakończeniu roku szkolnego wrzuca do sieci zdjęcia świadectw szkolnych, rzecz jasna tylko tych z czerwonym paskiem. Może i średnia 5,5 brzmi dumnie, ale w czasach, w których coraz bardziej liczy się specjalizacja w danej dziedzinie, to raczej kombinacja trójek i szóstek powinna być połączeniem idealnym. W dorosłym życiu nikt nie jest ekspertem od wszystkiego. Przeceniamy uczniów, którzy uczą się każdego przedmiotu po trochu, żeby mieć jak najlepsze oceny, a nie doceniamy pasjonatów, którzy są świetni choćby tylko w jednej dziedzinie, ale cały czas się rozwijają i wiedzą więcej niż to, czego nauczyciel będzie od nich wymagał na sprawdzianie. Przecież już na poziomie liceum mamy profile klas. Studia to jeszcze większa specjalizacja służąca pogłębieniu wiedzy. Mimo to wciąż wierzymy, że najważniejsze są piątki od góry do dołu. Do tego oceny, zamiast pomagać w komunikacji nauczyciela z rodzicem, tylko ją zakłócają, bo rozmowy nie dotyczą tego, jakie dziecko ma zdolności i jak można mu pomóc, ale koncentrują się na pokazywaniu sobie cyferek.

W czasie pandemii sporo mówiło się też o wpływie na naukę sytuacji w domu danego ucznia.

Oprócz uzdolnień i predyspozycji to właśnie ona jest kluczowa w osiąganiu sukcesów w szkole. Dzieci mogą być wspierane w nauce w domu, ale dom może ją też utrudniać. Są uczniowie, których edukacja nikogo z rodziny nie interesuje, a w przypadku potknięć nie mają się do kogo zwrócić o pomoc. Są i tacy, których szkoła stresuje podwójnie, bo rodzice wywierają na nich olbrzymią presję, co w sytuacji dostępu do ocen przez e-dzienniki dodatkowo się pogłębia. Neurobiolodzy już dawno udowodnili, że mózg w stresie pracuje dużo gorzej. Porównywanie dziecka z innymi i rozliczane z ocen mu nie pomaga, raczej hamuje rozwój i proces uczenia, o kreatywności nie wspominając. W końcu są i rodzice, którzy w dobrej wierze pomagają swoim dzieciom w byciu coraz lepszymi, co niestety często sprowadza się do walki o wysokie oceny. Wspaniale, jeśli rodzic podsuwa dziecku ciekawe lektury, uczy sposobów na zapamiętywanie dat albo weryfikuje źródła w internecie, ale w wielu przypadkach ta pomoc często sprowadza się do odrobienia za syna czy córkę pracy domowej. A to przynosi skutek odwrotny do zamierzonego, bo ocena otrzymana za cudzą pracę, jeśli czegoś uczy, to tylko nieuczciwości, niesamodzielności i braku wiary we własne siły. Proszę sobie wyobrazić, że dziecko zawsze dostawało trójki za wypracowania, a kiedy wypracowanie napisała mama, dostało piątkę. Ono nie chce już tej swojej trójki, woli cudzą piątkę. Zniechęci się do pracy, skoro wyraźnie widzi, że samodzielnie nie potrafi wykonać jej tak, żeby zasłużyć na wysoką ocenę.

Jak wystawiać oceny w czasach edukacji zdalnej?

Co do zasady nie jestem za tzw. podciąganiem ocen, bo to po prostu niesprawiedliwe w stosunku do uczniów, którzy przykładali się do nauki cały rok, a nie tylko w ostatnich tygodniach semestru, ale w obecnej sytuacji nie byłabym aż taka zasadnicza. Postawiłabym nawet tezę, że w czasach pandemii podwyższanie ocen może mieć charakter terapeutyczny. W przypadku podstawówek na to, jak szła poszczególnym uczniom nauka zdalna, ogromny wpływ ma sytuacja w domu. Jedno dziecko otrzymywało wsparcie od rodziców, miało do dyspozycji własny pokój i komputer, a drugie zostało w tej sytuacji samo. Karanie dzieci za to, że mają gorsze warunki do nauki, jest bardzo krzywdzące. Nierzadko słyszę od nauczycieli, że dane dziecko mogłoby przysłać jakąś pracę, żeby otrzymać wyższy stopień, a tacy uczniowie często mają po kilkaset nieodebranych wiadomości. Jeśli dorosły nie usiądzie z uczniem nawet IV czy V klasy i mu nie pomoże, to jak on ma sam przez to wszystko przebrnąć? Nie znam dzieci w tym wieku, które mają bardzo złe oceny, chociaż rodzice są całkowicie na nich skoncentrowani i chętni do pomocy. U młodszych dzieci złe oceny są zazwyczaj świadectwem przeciwnego podejścia rodziców, obarczenia dziecka pełnią odpowiedzialności za naukę. Oburzenie wobec propozycji podnoszenia ocen, wysuniętej choćby przez Rzecznika Praw Dziecka, pokazuje tylko, jak bardzo jesteśmy wszyscy przywiązani do systemu, który ma drugorzędne znaczenie. Przecież większość z nas, dorosłych, nie pamięta, jaki stopień miało z historii czy z biologii w VI klasie.

A co z ocenami z zachowania w czasie pandemii?

Zamknięcie w domach z pewnością przełoży się na wyższe stopnie, bo i dzieci nie miały jak się skonfliktować czy przeskrobać czegoś w szkole. Ale tu dotykamy innego problemu. Tak jak szkoła faworyzuje uczniów z określonym typem zdolności, tak oceny z zachowania faworyzują określony typ temperamentu i osobowości. Dziecko nieśmiałe i introwertyczne nie zgłosi się do samorządu czy występu podczas apelu, będzie też miało problemy z aktywnością podczas lekcji i tym samym w ocenie nauczyciela nie zasłuży sobie na ocenę wzorową. Z kolei dziecko bardzo towarzyskie, o żywym temperamencie i niespożytej energii może mieć problem nawet z wpasowaniem się w model zachowania bardzo dobrego, bo w ocenie szkoły „za dużo gada” i „za bardzo się wierci”.

Czy w obecnym systemie edukacji widzi pani jakieś wyjście z całkowitego podporządkowania nauki ocenom?

Coraz więcej szkół, odchodzi od stawiania ocen cząstkowych. Nauczyciele są prawnie zobligowani wyłącznie do wystawienia stopni na koniec roku i tak naprawdę nie mają obowiązku posiłkować się nimi w trakcie semestru. W pracujących w ten sposób placówkach uczniowie zupełnie inaczej myślą o uczeniu się, bo mogą cieszyć się samym procesem zdobywania nowych umiejętności, a nie bać się ocen. Do tego łatwiej rozpoznają swoje mocne strony i zainteresowania, z których czerpią motywację do nauki. Ktoś może lubić geografię, ale jeśli kilka razy dostanie z niej złą ocenę, zamiast rozwijać to zainteresowanie, raczej się zniechęci i pomyśli, że to nie dla niego. Niestety wiem z doświadczenia, że w polskiej szkole przejście na system bez ocen cząstkowych jest wciąż trudne. Wielu dyrektorów wręcz wymaga stopni w dzienniku i ponagla nauczycieli, którzy w ich odczuciu wystawiają ich za mało. Taki wymóg zmusza nauczycieli do wymyślania nie tego, czego mogliby nadprogramowo nauczyć młodzież, ale tego, co mogliby ocenić. Elementy nauczania, które dla uczniów byłyby ciekawsze i mniej opresyjne, są zastępowane tymi, za które można wystawić stopień. Natomiast rozwiązaniem, które dałoby się wprowadzić właściwie w każdej szkole, jest zmiana podejścia do oceniania.

Na czym to inne podejście do oceniania miałoby polegać?

Chodzi mi o coraz powszechniejszą koncepcję oceniania kształtującego. Polega ono na pozyskiwaniu przez nauczyciela i ucznia w trakcie nauczania informacji, które pozwolą rozpoznać, jak przebiega proces uczenia się. Uczeń otrzymuje informację zwrotną pomagającą mu się uczyć. Precyzyjnie sformułowane jest, co zrobił dobrze, nad czym powinien jeszcze popracować oraz w jakim kierunku powinien podążać. A przecież właśnie o to chodzi.

To nie oceny są złe, ale nadawanie im nieproporcjonalnie dużego znaczenia w stosunku do ich realnej wagi, a co gorsza uzależnienie od nich naszego wyobrażenia o wartości dziecka. Przeceniamy oceny jako narzędzie motywacji. Nie każdego stopnie zachęcają do pracy. A jeśli nawet tak się stanie, często stają się celem samym w sobie, a przecież nie o to chodzi.

 

Tekst oryginalny do przeczytania tu (źródło): Wywiad z Edytą Plich – Szkoła nienawidzi mylenia się

 

KONTAKT  

TIM - Towarzystwo Inteligentnej Młodzieży
Al. Jerozolimskie 101 lok. 20
02-011 Warszawa
Tel. 22 88 66 055
Tel. 602 385 342
Tel. 515 123 179
sekretariat@tim.edu.pl

Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna TIM
ul. Piękna 24/26, 00-549 Warszawa
Adres do korespondencji: Al. Jerozolimskie 101 lok. 20,
02-011 Warszawa
 
Rejestr Szkół i Placówek Oświatowych:
nr 125500

Dyżur sekretariatu:
poniedziałek - piątek w godz. 10.00 - 18.00

Nr rachunku bankowego:
09 1140 2004 0000 3102 6460 5288

Miejsce prowadzenia zajęć:
Aleje Jerozolimskie 101 lok. 20
(Klatka B, piętro III)
Aleje Jerozolimskie 101 lok. 42
(Klatka C, parter)
ul. Piękna 24/26